Policja od przyrody

Ekopolicja?

Nieco niespodziewanie Ministerstwo Środowiska ogłosiło chęć powołania nowej specjalnej jednostki w celu kontrolowania prywatnych firm. Jednostka ta ma mieć uprawnienia zbliżone jednocześnie do policji i kontroli skarbowej, ma też dysponować bronią.

Chociaż nie jestem pewien, czy aby na pewno potrzebne są nam kolejne służby parapolicyjne zarządzane przez urzędników, w pierwszej chwili pomyślałem: nareszcie! Nareszcie będzie bat na inwestorów i przedsiębiorców, którzy prawo o ochronie przyrody mają za nic, spuszczają do rzek tysiące litrów ścieków czy zabudowują kolejne bezcenne przyrodniczo tereny. Bo prawo chroniące przyrodę mamy całkiem dobre, gorzej z jego egzekwowaniem. Nawet, jeżeli takim trucicielom czy dewastatorom patrzą na ręce organizacje ekologiczne, to procedura powstrzymania ich na drodze sądowej trwa tak długo, że sprawa przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. A taka policja ekologiczna mogłaby interweniować natychmiast.

Kiedy jednak poznałem szczegóły, euforia minęła mi jak ręką odjął. Jak tłumaczy minister Andrzej Kraszewski, celem powołania owej formacji jest zwiększenie wpływów do budżetu.

Tylko że z czysto finansowego punktu widzenia to ochrona przyrody przynosi same straty i dla budżetu stanowi obciążenie. Owszem, w dłuższej perspektywie jest warta wydanych pieniędzy, ale krótkoterminowo, to znaczy od wyborów do wyborów, tylko obciąża budżet państwa. Aż trudno w to uwierzyć, ale tak ukonstytuowana parapolicyjna formacja służyłaby chyba tylko oficjalnemu (bo wspartemu autorytetem państwa) wymuszaniu... ekoharaczy.

Reklama