Marakesz

Marakesz wywołuje rozmaite reakcje. Jedni natychmiast zakochują się w Marakeszu i wracają tu w każdej wolnej chwili. Dla innych Marakesz to trauma nie do przezwyciężenia już od pierwszej chwili wyjazdu z lotniska.

Marakesz to hałas uliczny, klaksony przeciskających się przez tłum motorowerków, odór spalonej benzyny, nagabujący co krok faux guides i wołania "Big Place that way". Marakesz to nieznośny upał i wciskający się wszędzie piaskowy pył, to widoczna na każdym kroku bieda, to hipnotyczne dźwięki muzyki gnawa i wołanie muezzina stawiające na równe nogi całe miasto o piątej nad ranem.
Dlatego wcale nie zdziwiłem się, kiedy sympatyczna para Francuzów z przerażeniem w oczach ewakuowała się na lotnisko już w kilka godzin po przyjeździe do miasta. Zadecydowało pierwsze wrażenie, kiedy po wyjściu z taksówki zostali osaczeni przez gromadkę miejscowych dzieci szukających okazji do zarobienia paru dirhamów. Może to miejsce rzeczywiście wymaga mocnej psychiki i braku uprzedzeń...
Marakesz to również cisza luksusowych riadów, słodko-gorzki smak miętowej herbaty, błękitne pasmo ośnieżonych gór Atlasu, feeria kolorów ceramiki i strojów i niespodziewanie mili i uczynni ludzie.
Dlatego nie dziwię się też sławnym tego świata, którzy coraz częściej kupują tu rezydencje. To, co zapoczątkowali Majorelle, Yves Saint-Laurent, Salma Hayek, Gaultier, Hitchcock, dziś kontynuują Brad Pitt, Colin Farell, Bruce Willis, Beckhamowie...
Czerwone Miasto (bo tak często nazywa się Marakesz), to rówieśnik Warszawy, ale już na etapie budowy pomyślany, jako stolica imperium. Cieszył się tym splendorem zaledwie dwieście lat. Potem tytuł stolicy wędrował coraz dalej na północ, coraz bliżej Europy. Do Fezu, do Meknes, w końcu do Rabatu, razem z ambicjami kolejnych władców. A Marakesz? Coraz bardziej biedniał i niszczał, w miarę jak pustoszały południowe szlaki karawan z Timbuktu. Ale dla mówiącej w tamazight berberyjskiej ludności południowego Maroko do dziś pozostaje tą prawdziwą, choć zapomnianą przez władze stolicą.
Obecnie Marakesz jest podupadłym reliktem dawnej świetności, czymś w rodzaju ogromnego żywego skansenu. Francuzi, którzy oddali Maroko niepodległość w pięćdziesiątych latach, nakazali zachowanie specyficznej architektury miasta, a UNESCO całą medynę (czyli większą część Marakeszu) wpisało na listę światowego dziedzictwa. I teraz na przykład, chociaz nie buduje się już ścian z gliny, to wszystkie nowe budynki muszą być malowane na charakterystyczny różowo-czerwony kolor. Trochę jak w muzeum.
Dla mnie Marakesz to przede wszystkim podróż kilkaset lat w przeszłość i poczucie, że jestem świadkiem ostatnich chwil średniowiecznego świata, który lada dzień ustąpi miejsca uniwersalnej europejskości i zostanie zalany chińskim bylejactwem. Ostatnia szansa ujrzenia na własne oczy rzemieślników pracowicie wykuwających w mosiądzu zdobione ramy luster i w glinianych kadziach farbujących tkaniny naturalnym indygo...
- Cafe pod Atlasemczwartek, 24. lt. 2011
Siedzę sobie w Marakeszu, w cafe Glacier. Atlas, ten geograficzny, mogę zamknąć i odłożyć do plecaka, bo Atlas, ten prawdziwy, wyrasta nad horyzont błękitną wstęgą i wydaje się być wręcz na wyciągnięcie ręki...
- Osiołek - najlepszy przyjaciel człowiekawtorek, 01. mrz. 2011
Podobno prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. To przysłowie jest prawdziwe zwłaszcza w Marakeszu, gdzie biedy nie brakuje i gdzie mało kogo stać na własne cztery kółka, a nawet dwa z małym silniczkiem wymagają pewnej zamożności. W takich warunkach najlepszym przyjacielem okazuje się być... osiołek.
- Przewodnicy na manowceśroda, 09. mrz. 2011
Faux guides, czyli fałszywi przewodnicy, to prawdziwa zmora dla przybywających do Marakeszu W mieście, w którym każdy gubi się momentalnie, miejscowi doskonale wiedzą, widząc Europejczyka, że szukał, właśnie szuka, lub za chwilę będzie szukał drogi...
- Pomarańczepiątek, 11. mrz. 2011
Skuszony licznymi opisami w internecie dałem się namówić na szklaneczkę soku ze świeżo wyciśniętych pomarańczy na słynnym placu Jamaa el Fna w Marakeszu. Sok wyciskają na oczach spragnionego klienta sprzedawcy w charakterystycznych kolorowych wozach rozstawionych po całym placu. A wrażenia?
- Kup pan owcęwtorek, 15. mrz. 2011
Miejsce akcji: rynek ponad milionowego miasta, niegdysiejszej stolicy, otoczony sklepikami, straganami, butikami. I wśród tych sklepików, wśród budek z sokami, wśród drobnych kafejek, stary Berber przychodzi sprzedać jagnię...
- Dodaj swój komentarz
- 4997 odsłon







